sobota, 27 października 2018

Pamiętnik

To już jakiś zwyczaj że powracam tu co jakiś czas. Tak jest też i tym razem.

Wróciłam, ponieważ na nowo się zmotywowałam do tego wszystkiego. Wiem, że od kiedy dałam tu pierwszy wpis jakieś 4 miesiące temu to nawet 10 osób nie zobaczyło moich wypocin. Zdaję sobie z tego sprawę. Ale to nic. Uzmysłowiłam sobie że robię to dla siebie a nie dla innych. To w pewnym sensie forma pamiętnika dla mnie. Piszę go sobie, lecz nigdy nie wiadomo czy ktoś się na niego nie natknie i nie przeczyta.

Jeśli mam napisać od początku dlaczego znów tutaj jestem to zacznę od daty. 16 października. Tego dnia znów zaczęłam regularnie ćwiczyć tak jak kiedyś. Ponownie mam daną liczbę kalorii na dzień której nie przekraczam. Wyznaczyłam sobie 1200 kcal. We wtorek będzie już drugi tydzień mojej nowej walki. Co tydzień począwszy od pierwszego wtorku ważę się żeby zobaczyć ile straciłam na wadze. Za 3 dni stanę na nią po raz 3 i chcę zobaczyć liczbę 56 i coś po przecinku. Niech to będzie nawet 56.9 tylko ma być ta szóstka po 5. Będzie to oznaczało że w ciągu 2 tygodni straciłam 2 kilogramy.

Ćwicząc zauważyłam, że znów mam wyrobiony brzuch oraz widoczne na nim mięśnie. Czuję się dzięki temu jeszcze lepiej psychicznie. Samopoczucie i samoświadomość lecą w górę jak szalone.

Ta liczna kalorii sprawia, że nie jestem głodna. Mogę jeśli co chcę i ile chcę bylebym tylko nie przekraczała tej liczby. I tak np. w ciągu godziny zjadłam pożywne śniadanie składające się z 2 parówek, na nich plasterka roztopionego sera, 2 łyżek ketchupu oraz kromki chleba białego a całość wyniosła równo 452 kcal. Dlatego też mogłam sobie pozwolić zjeść Princesse zebrę, która miała 208 kcal co razem dało mi 660 kalorii. Więc mam do końca dnia jeszcze 540 a ja czuję się pełna do syta.

Funkcjonuję tak od prawie 2 tygodni i nie mam napadów głodu. Żadnych. Ani razu. Nawet przelotnych myśli by jednak skubnąć coś więcej, coś ponad ten limit.

Wiem, że dużo zależy też od nastawienia. Dlatego żeby przekonać siebie że potrzebuję czasu i danej liczny kcal a nie nagłego spadku wagi (który wróci do mnie swoją drogą) powtarzam sobie jeden fakt z mojego życia.

Mianowicie. Potrzebowałam półtorej miesiąca żeby przytyć z 55 do prawie 61 kilogramów. Więc jeśli chcę mieć z powrotem swoją wagę to muszę poświęcić w prost proporcjonalnie tyle samo czasu by to zgubić. Proste? Proste :) A działa jak najlepszy argument na mnie i to bez psychicznej krzywdy.

Jeśli kiedy natrafisz na tego bloga i będziesz tak samo jak ja w amoku chudnięcia za każdą cenę to powiem tak: nie opłaca się. Można stracić kilogramy w szybki sposób, ale koszt się nie opłaca. Tym bardziej jeśli ma to wrócić w bardzo szybkim czasie do Ciebie. Lepiej tak jak ja świadomie do tego podchodzić i z logiką. W ciągu tego półtorej miesiąca co tak przytyłam nie czułam głodu fizycznego a psychiczny. Jadłam i prawie wymiotowałam po to tylko by za pół godziny znów się czymś objeść pomimo braku miejsca w żołądku. Doprowadziła do tego dieta po 500 kcal dziennie. To po mniej miałam taki napad głodu. Ciągnący się tygodniami z wiadomym skutkiem. Teraz dopiero to zrozumiałam i świadomie z tego schodzę.

I jestem z siebie dumna, że w końcu przejrzałam na oczy :)