niedziela, 19 sierpnia 2018

Prawda

Chyba muszę zacząć od nowa. Schrzaniłam.

Obecnie mamy 19 sierpnia. Wakacje dobiegają końca a ja zamiast stracić na wadze przybrałam. Czyż to nie wspaniałe wieści? :)

Nie. Wcale nie wspaniałe.

Od tygodnia znów mam limit. Uległ on troszkę zmianie, mianowicie: moje posiłki muszą się mieścić w przedziale 500-1000 kcal. Taka ilość to wciąż deficyt mojego dziennego zapotrzebowania a mój ogranizm dodatkowo nie przyzwyczaja się. To pomaga go troszkę oszukać.

Siedzę sobie teraz już 5 godzinę w pociągu i boli mnie to że widzę jak mi tłuszcz na nogach podskakuje przy wybojach. Przy każdej najmniejszej wibracji. Zastanawiam się jak mogłam do tego dopuścić i wiecie co? Nie wiem. Autentycznie nie mam pojęcia. Co mną kierowało? Cholera wie...

Z wagi 57 kg podskoczyłam do 63... wystarczył jakiś miesiąc, może półtorej. W ciągu tego tygodnia zdążyłam zgubić około 2 kilo, ale to za mało. Wiem, że to w większości woda, która zaraz może wrócić.

Mam jeszcze równo dwa tygodnie do początku września i schudnięcie chociaż troszkę. Żeby było widać nie tylko po wadze, ale i po ubraniach. Pamiętacie tę sukienkę co miałam się w nią wcisnąć na wesele? Już chyba wiecie jak to z nią wyszło...

W ciągu dwóch tygodni da się to poczuć.
W ciągu czterech zobaczyć.
W ciągu sześciu usłyszeć.

Tego się będę trzymać. Dam sobie czas do końca września. Jeśli przez około półtorej miesiąca doprowadziłam się do takiego czegoś to taki sam czas dam sobie na naprawę tego.

I wiecie co? Te trzy zdania są prawdą. Byle właśnie czasu potrzebowałam na stoczenie się na dół...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz