Sukcesy. Każdy chce je osiągać. Tak zostaliśmy zaprojektowani - by piąć się coraz wyżej.
Każdy choć raz w życiu coś osiągnął. Było to nagrodą za wyrzeczenia. Coś otrzymane za coś. Świat w końcu nie idzie nam na rękę i nie daje od siebie czegoś ot tak o. Trzeba samemu zapracować na własny triumf.
Ja tak zrobiłam. Postawiłam sobie cel i dążę do niego. Wyznaczyłam sobie pomniejsze "przystanki" tylko po to, by móc widzieć rezultaty w trakcie zmierzania do niego. By mieć jeszcze większą motywację do zrealizowania swojego planu. I tak też się stało.
Wczoraj waga pokazała mi 57 kg. Rozumiecie co to znaczy? Pierwszy krok z widocznym rezultatem mam już za sobą.
Wiem jak powinnam postępować. Co robić a czego się wystrzegać. Na czym i jak skupiać uwagę, by nie myśleć w sposób zgubny dla mnie. Jak postępować w chwilach krótkiego kryzysu. Oraz co robić, by zmniejszyć ich występowanie.
Nabieram wprawy takiej samej jaką miałam kiedyś. A za jakiś czas prześcignę swoje wcześniejsze osiągnięcia w tej kwestii. Stanę się lepsza od samej siebie kilka lat temu.
Osiągnęłam pierwszy pomniejszy cel w pięć dni od rozpoczęcia tego przedsięwzięcia. Jestem taka podekscytowana z tego powodu. Widząc to do czego doprowadziła moja zawziętość dodatkowo się w tym wszystkim nakręcam i utwierdzam. Mam jeszcze większą chęć dotrwać do końca mego planu. I zrobię to.
Zapytacie dlaczego. Odpowiedź jest prosta. Ponieważ wierzę w to co sobie postanowiłam. A wiara jest najniebezpieczniejszą ze wszystkich ludzkich odczuć. Dzięki niej nierealne staje się możliwe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz